Dariusz Śmiejkowski, "Metropolia"
O potrzebie metropolitaryzmu polskiego. Tetryczny świat polskiej ekonomii nie ma prawie nic do zaproponowania: powtarza tylko mantrę o potrzebie niskiego deficytu budżetowego i o odpowiednio wysokich stopach procentowych.
Jesteśmy niezdolni do poprawy cywilizacyjnej. Taką diagnozę można postawić, obserwując od kilkunastu lat polskie życie społeczne i polityczne. Żyjąc w „komunie”, można było być święcie przekonanym, że winni są wszyscy: komuniści, Ruscy, Niemcy i inni zaborcy. My – nie! My z pewnością damy radę, gdy tylko będzie można, czyli wtedy, gdy nikt nam nie przeszkodzi. Teraz nikt nam nie przeszkadza. Teraz robimy to sami. I to w sposób genialny.
Można postawić tezę, że naszym głównym problemem jest myślenie zbiorowe. Wojna oraz kilkadziesiąt lat komunizmu spowodowało katastrofę intelektualną. Eliminacja Żydów, Powstanie Warszawskie, a następnie 50 lat destrukcji nauki i to akurat nie fizyki ciała stałego (półprzewodniki), informatyki, medycyny czy historii sztuki, tylko – ekonomii. Oddzielenie wydziałów ekonomicznych (AE) od uniwersytetów, ewentualnie pozostawienie rachitycznych wydziałów ekonomicznych na uniwersytetach oddzielonych od głównego nurtu uruchomiło produkcję półfabrykatu niezdolnego do jakiejkolwiek diagnozy, nie mówiąc już o stawianiu recept. Jakie są dzisiejsze rezultaty debat ekonomicznych? To żenujące diagnozy typu: w Polsce jest bezrobocie, ponieważ wysokie są pozapłacowe koszty pracy i w konsekwencji – przedsiębiorcy nie chcą zatrudniać. Do tego wykazujemy absolutny brak zdolności wygenerowania jakiejkolwiek koncepcji na udaną pogoń cywilizacyjną za światem. Co ważne, nie jest tu mowa o pomysłach ekonomicznych na Polskę, bo tych po prostu nie ma. Jedyne co dziś można usłyszeć, to sztampowe: wspieranie inwestycji zagranicznych, strefy ekonomiczne, innowacyjna gospodarka, walka z bezrobociem, równomierny rozwój, innowacyjna gospodarka, nakłady na infrastrukturę itp.
NĘDZA Z BIEDĄ, CZYLI NIC NOWEGO
Tetryczny świat polskiej ekonomii nie ma prawie nic do zaproponowania. Każda większa gwiazda pośród polskich ekonomistów to z reguły zwykły specjalista od koniunktury, powtarzający mantrę o potrzebie niskiego deficytu budżetowego i o odpowiednio wysokich stopach procentowych. Mówienie o tym jest tak oczywiste, jak stwierdzenie, że bilans musi się zamykać. Jakie więc mamy rezultaty naszego ekonomicznego myślenia? Oto one: skumulowany przyrost PKB w ostatnich pięciu latach najniższy w Europie Środkowej (towarzyszą nam tu tylko Węgrzy). Obecnie po dojściu do 7 % dynamika przyrostu słabnie. Po prostu nie stać nas na szybszy rozwój. A tuż obok znajdują się państwa, gdzie gospodarka wzrastała ostatnio o 12 % rocznie. A bezrobocie? Owszem – spadło. Już nie jesteśmy ostatni. W Polsce pracuje jednak nadal tylko 14,7 mln ludzi, z czego 3 mln w rolnictwie, a tylko około 5 mln w firmach. W Hiszpanii, gdzie mieszka trochę więcej ludzi niż w Polsce (o 5 %) pracuje ponad 19 mln, z czego milion w rolnictwie i 10 mln w firmach. Nie jest możliwe bycie bogatym, gdy w gospodarce komercyjnej (czyli takiej, która coś wytwarza w przeciwieństwie do publicznej, która konsumuje) pracuje niewielki procent populacji. Przez ostatnie lata produkowaliśmy przedwczesnych emerytów i rencistów, a trochę ludzi wysłaliśmy do Anglii i Irlandii. To nasz dotychczasowy pomysł na walkę z bezrobociem. No i je zwalczyliśmy! Co z tego, że bez reformy rynku pracy. Narzekamy dziś tylko na to, że nie ma komu pracować. Jednocześnie liczba osób, która pracuje jest katastrofalnie niska. Tymczasem swoje rynki pracy otworzą niebawem kolejne kraje Unii. Wtedy wydrenują nas do reszty. Jaki więc mamy w tej sytuacji, panowie ekonomiści, pomysł na przyszłość? Inwestycje zagraniczne? Proszę bardzo: w roku 2007 – polski rekord: 14 mld dolarów. Taki poziom inwestycji w przeliczeniu na mieszkańca w Czechach oznaczałby katastrofę (dziś inwestuje się tam 2,5 razy więcej niż Polsce). W ciągu roku tyle, co w Polsce inwestuje się w samym tylko Manchesterze lub w trzech dzielnicach Londynu. Zamiast zmienić ten stan rzeczy, wolimy pozachwycać się od czasu do czasu jednym lub drugim rankingiem atrakcyjności inwestycyjnej, z których absolutnie nic nie wynika.
Diagnozą podobną do powyższej kończy się zdecydowana większość „tekstów narzekających”, w których lubują się niektóre tygodniki. Mamy nędzę z biedą, politycy są niemądrzy, a ekonomiści niedouczeni. Wniosek: Polskę czeka wieczna bieda. Wydaje się, że większość polityków się z tym pogodziła. Trzeba czekać, nic nie robić, tylko wydawać pieniądze unijne (niekiedy bezmyślnie). A przecież politycy też jeżdżą na wakacje i widzą, że dystans nawet w stosunku do Czech czy zrujnowanej niedawno wojną Chorwacji jest gigantyczny. Gdyby długość autostrad sprowadzić do poziomu Chorwacji wg liczby mieszkańców, to Polska musiałaby mieć 6 tys. km autostrad. Warto przypomnieć, że Chorwacja przecież nie należy nawet do UE. O reszcie łacińskiej Europy lepiej nie wspominać.
IDIOTYCZNA JAŁOWOŚĆ, JAŁOWE IDIOTYZMY
Warto jednak pokusić się o coś więcej, choćby o jakąś rachityczną diagnozę. Podstawowe pytanie, które należy postawić brzmi: dlaczego jesteśmy biedni, mamy wysokie bezrobocie, nędzną infrastrukturę, żenująco niskie inwestycje? Dlaczego dynamika rozwoju jest licha i zarabiamy tyle, co kot napłakał? Oto odpowiedź: nasi polityczni i ekonomiczni decydenci absolutnie nie rozumieją podstawowych czynników rozwojowych dzisiejszego świata. Większość naszych koncepcji rozwoju powstała dawno. Nie ma nikogo, kto zaproponowałby coś nowego. Mam wrażenie, że nasze pomysły na Polskę to kalka tego, co mówi i robi się w większości państw Zachodu. Ewentualna indywidualizacja naszego podejścia nie wchodzi w grę. Wszyscy pewnie boją się łatki ekonomicznego populisty. Stworzyliśmy układ zachowań poprawnych ekonomicznie i politycznie. Jeżeli jest ktoś, kto proponuje nowe rozwiązania, to zazwyczaj jakiś ekonomiczny, lewicowy idiota.
Naszym problemem jest obecnie obowiązująca powszechnie prosta alternatywa. Albo należy wspierać to, co nasze, tępić Niemca, walczyć z korporacjami, wzmacniać rolę państwa w gospodarce, wspierać biednych i pokrzywdzonych przez los, albo czekać, realizując podstawowe zasady liberalizmu gospodarczego (główny nurt poprawności). Przez 20 lat z trzyprocentowego średnio rocznego przyrostu PKB trochę się uzbiera i będziemy bogaci. Krótko mówiąc: albo narodowo-lewicowe idiotyzmy albo liberalna jałowość. Zarówno w pierwszym (szczególnie w pierwszym) przypadku, jak i w drugim – będziemy tak, jak południowe Włochy, Grecja lub Korsyka – zawsze biedni.
POLSKIE MIASTO NIE DZIAŁA
Różnica pomiędzy każdym bogatym krajem a Polską ma charakter systemowy, tkwiący głęboko w układzie osadniczym. Krajowy rachunek statystyczny informuje nas o średnim bezrobociu, produktywności czy zarobkach. W szczególe Polska wygląda zupełnie inaczej. Z jednej strony Warszawa, z drugiej strony – głęboka prowincja. Warszawa to około 130 % średniego PKB Unii Europejskiej. Prowincja to 35 % unijnego PKB. Warszawa to 1 mln 700 tys. mieszkańców, a prowincja to 20 mln ludzi. Warszawa to niecałe 4 % bezrobocia. Prowincja to około 20 %. W czasach największego spowolnienia w Warszawie bezrobocie dochodziło do zaledwie 7 %, a na prowincji aż do 30. Polska gospodarka to wypadkowa poziomu warszawsko – wielkomiejskiego i prowincjonalnego. A to oznacza, że odpowiedź na nasze kluczowe pytania nie może być standardowa. Bogactwo narodów nie jest niestety wyłącznie wynikiem odpowiednio długiego, nieprzerwanego procesu akumulacji. Z jednej strony jest bowiem rezultatem zdolności do absorpcji dostępnych zasobów (materialnych oraz umiejętności ludzi), wynikającej z poziomu koncentracji i różnorodności ludzkich talentów (to decyduje o możliwości produkowania i przetwarzania). Z drugiej strony bogactwo jest wynikiem tempa i elastyczności przepływu kapitału, ludzi oraz idei z zewnątrz i na zewnątrz państwa. Polska zdaje się być systemowo niezdolna do bycia bogatym. Oto jeden z głównych powodów: nasze miasta są słabe, ale i tak stanowią podstawę polskiego bytu ekonomicznego. Najważniejsze polskie aglomeracje są relatywnie małe. Kraków, który jest numerem 2 w Polsce liczy sobie 750 tys. mieszkańców i odpowiada swoją pozycją trzymilionowej Barcelonie, niemieckiemu Monachium (1,3 mln), brytyjskiemu Manchesterowi (1,3 mln) lub francuskiemu Lyonowi (1,2 mln). Oddziaływanie polskich miast na okalającą prowincję jest prawie żadne. Co ciekawe, miasta główne w swoich granicach administracyjnych są w Polsce zbliżone wielkością do swoich zachodnioeuropejskich odpowiedników. Zawodzi jednak ich metropolitalne oddziaływanie na okalające kręgi podmiejskie. Co więcej, w całej naszej historii robiono wszystko, by w skali Europy lub świata niewiele znaczyły. Skutkiem jest słabiutka infrastruktura (autostrady, lotniska) oraz to, co najbardziej istotne: polskie miasta nieznacznie tylko oddziałują na region. Oponenci mogą stwierdzić, że nie ma powodów do narzekania. Czechy mają przecież tylko trzy duże miasta, z których dwa są mniejsze od każdego z naszych sześciu największych. Tyle tylko, że w Czechach trzy główne miasta zamieszkuje prawie jedna trzecia populacji kraju. Na warunkach metropolitalnych funkcjonuje 30 % populacji. Czesi doskonale rozumieją także znaczenie swoich miast i – w rezultacie – dużo w nie inwestowali. Brno pod względem skumulowanych nakładów na infrastrukturę, funkcji regionalnych lub zróżnicowania gospodarki trudno nawet porównywać z półtora raza większym Wrocławiem – na niekorzyść tego drugiego. W Polsce, w trzech głównych miastach (aglomeracje Warszawy, Krakowa i Łodzi) mieszka z kolei ok. 10 % populacji. Aglomeracji śląskiej nie warto tu nawet brać pod uwagę, gdyż jest to rozproszony obszar zbliżony charakterem do luźno powiązanych tworów małomiasteczkowych, które nie są istotnym biegunem wzrostu. Udział głównych metropolii w potencjale ludzkim Polski jest najniższy w Europie. Wskaźnik czeski: 20 % – główne miasto, 10 % – dwa kolejne to europejska norma (podobnie jest we Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Austrii, Grecji, Portugalii, Szwecji, Danii oraz na Węgrzech). Są państwa gdzie jest inaczej, np. Niemcy, ale tam (dzięki bogatej historii niezależnych państw niemieckich) znajduje się dziesięć miast istotnych w skali Europy.
PIĘKNY ROZWÓJ PUSTYNI
W tym momencie może paść pytanie: czy to takie ważne? Otóż – tak. Oto przykład. Ostatnie dane statystyczne dotyczące regionalnego PKB obejmują rok 2004. PKB Polski to 25 tys. zł rocznie na jednego mieszkańca, przyrost w cenach bieżących wynosił około 9 %. Natomiast PKB Krakowa to ponad 160 % poziomu krajowego, a przyrost wyniósł 13 %. Odpowiednio PKB Poznania wyniosło 200 % średniego polskiego poziomu, a przyrost – 14 %. Produkt wytwarzany przez najlepiej rozwiniętą polską prowincję tj. region Lubina (KGHM) jest tylko o 20 % wyższy od średniej krajowej, ale i tak dwa razy mniejszy od PKB Warszawy i o 80 % niższy niż PKB Poznania. Nawet jeśli przyjąć poprawkę na ułomności metodologiczne GUS, rachunek w cenach bieżących i dziwaczną metodę grupowania danych wg siedziby firmy, to i tak poziom rozwoju (w relacji do prowincji) oraz dynamika przyrostu PKB w naszych dużych miastach są imponujące. Wniosek: Polska rozwija się punktowo – tylko w głównych miastach. Cała reszta to dodatek. Znaczenie gospodarcze prowincji jest niewielkie. Rolnictwo nie generuje znaczących nadwyżek. W prowincjonalnych miastach lokują się firmy niewiele płacące. Przychody podatkowe są niewielkie. Krótko mówiąc: jeżeli nasza prowincja (60 % Polaków) się nie zmieni, nigdy nie będzie bogata.Rachunek tworzenia PKB jest zapewne znany naszym decydentom. Odkryli więc oczywisty dla tzw. normalnego człowieka (tj. wyborcy) wniosek. W naszym narodowym mniemaniu warszawiak lub poznaniak jest uprzywilejowany. W związku z tym, naczelnym zadaniem państwa, ba! wszystkich porządnych obywateli powinno być zabranie tymże warszawiakom lub poznaniakom i rozdanie biednej reszcie. Tak właśnie powstała koncepcja równomiernego rozwoju. Przecież wszyscy jesteśmy równi. Brzmi to pięknie. Tak pięknie, że nikt nie odważył się zakwestionować tej wierutnej bzdury – mój przyjaciel mawia, że najlepszym przykładem równomiernego rozwoju jest pustynia. Prawda jest niestety okrutna dla ludzi poprawnych politycznie, tzn. dobrych acz niemądrych. Polska nie jest bowiem niezróżnicowanym obszarem, na którym zdarzają się podłe miasta wysysające ostatnie soki z reszty. Polska, jak każde państwo świata, to zbiór obszarów o słabszym lub mocniejszym powiązaniu z metropolią. Im słabsze powiązanie lub im słabsza metropolia, tym gorzej dla danego obszaru. Na metropoliach się tylko zarabia, a nigdy – traci.
TRZECI WYMIAR POŻĄDANY
Jadąc przez świat można zastanawiać się, dlaczego mijane miasta wyglądają inaczej niż nasze. Szerokie drogi, obudowane rzeki, mosty lub wielkie lotniska. Nie tylko miasta wyglądają inaczej, ale także to, co znajduje się wokół nich. Można mieć nieodparte wrażenie, że ludzie tam mieszkający myślą inaczej niż my. Dlaczego? Bo to właśnie miasto jest podstawą bytu, a nie tylko dodatkiem do reszty. Dlatego, że miasto szczególnie duże jest największym ekonomicznym zasobem każdego państwa. Prowincja to twór mało zróżnicowany funkcjonalnie, niewydajny i bez potencjału wzrostu. Na drugim końcu skali znajduje się wielkie miasto funkcjonujące w tzw. metrosieci, mające dostęp do kapitałów sieciowych – nieskończenie zróżnicowane. Na prowincji funkcjonuje zaledwie kilkadziesiąt zawodów. W metropolii – tysiące. Na prowincji jesteśmy zmuszeni robić to, co daje nam lokalny rynek pracy. W mieście możemy wykonywać to, do czego mamy talent. W innych krajach wiedzą, że lepiej inwestować w mieście niż w szczerym polu; że nie warto budować funduszu inwestycyjnego lub tworzyć agencji reklamowych na wsi. Wiedzą też, że drogi łączą miasta, a nie są częściami magistrali tranzytowych. Gdzie indziej wiedzą, że konkurencja pomiędzy państwami odbywa się bardziej na poziomie miast niż państw. Że to nie Francja konkuruje z Anglią tylko Paryż z Londynem. Współczesne koncepcje rozwoju miast mówią, iż każde duże miasto funkcjonuje w trzech wymiarach. W wymiarze wewnętrznym, regionalnym i sieciowym. Wymiar wewnętrzny to funkcje nakierowane na mieszkańca miasta: plan przestrzenny, zasady funkcjonowania administracji, pewien rodzaj usług nakierowanych na mieszkańców miasta. Ten wymiar decyduje o bieżącej jakości życia mieszkańców miasta – czyli dla reszty (prowincji) jest nieistotny. Wymiar drugi, regionalny, obejmuje oddziaływanie grawitacyjne na region. Miasto przyciąga zeń ludzi (np. studentów, pracowników do firm), wykorzystując ich z jednej strony do zwiększenia swojego potencjału, z drugiej strony zwiększając ich szanse życiowe i dochody. Jednocześnie w obszarze swojego oddziaływania miasto sprzedaje usługi i towary. Ten wymiar jest istotny, ponieważ zwiększa potencjał miasta. Jest ważny także dla prowincji, bo wpływa na strukturę jej gospodarki, przyczyniając się do spadku bezrobocia i wzrostu zamożności.
SIĘ W SIEĆ ZŁAPAĆ - BEZCENNE
Struktura gospodarki miasta wraz z regionem bezpośrednim (suburbium), liczba wysokopłatnych miejsc pracy oraz szeroko rozumiana innowacyjność są zależne od wymiaru trzeciego, tj. sieciowego. Według koncepcji sieciowej duże miasta powiązane są ze sobą ponadnarodowymi połączeniami, którymi na zasadzie wymiany przepływają idee, ludzie (kreatorzy rzeczywistości) i pieniądze (naprawdę duże). Miasta uczestniczące w sieci korzystają z pewnych wspólnych zasobów sieciowych, takich jak np. usługi B2B (reklama, badania rynku, instytuty, consulting) czy kapitał nieosiągalny w pojedynczym kraju, nawet sporej wielkości. Mogą się szybko rozwijać i realizować projekty w zupełnie innej skali. Jednocześnie poprzez powiązanie regionalnie przekazywać zasoby w głąb regionu. Sieć miast jest dziś istotniejszym czynnikiem rozwojowym niż inne. Singapur – jedno z najważniejszych miast Azji praktycznie nie oddziałuje regionalnie, natomiast jest istotnym elementem sieci światowej. Miasta sieciowe (Londyn, Paryż, Frankfurt, ale też Hanower, Genewa czy Barcelona) są dziś znacznie bogatsze niż miasta lokalne lub regionalne. Mimo, że sieć jest zhierarchizowana, korzyści z uczestnictwa w niej osiągają wszyscy.
W Polsce mamy tylko jedno miasto funkcjonujące w wymiarze sieciowo-regionalnym: Warszawę. Wszystko jest w niej inne niż w reszcie kraju. PKB – średnio trzy razy większy niż w Polsce (dwa razy większy niż we Wrocławiu). Struktura gospodarki stolicy oparta na usługach (85 % zatrudnionych – niemal jak w Londynie). Wysokie dochody, niskie bezrobocie, niespotykana gdzie indziej dynamika rozwoju. Ktoś niewprawiony powie, że to dlatego, bo to stolica. Nieprawda. Gdy porównamy Frankfurt (nie stolica) i podobny doń pod względem wielkości Dortmund, dojdziemy do wniosków bliskich rezultatom porównania Warszawy z Krakowem. Frankfurt (70 tys. euro PKB na głowę) to układ sieciowo-regionalny. Dortmund (25 tys. euro PKB) to tylko region. We Frankfurcie na 610 tys. mieszkańców, 600 tys. osób pracuje. W Dortmundzie na 800 tys. mieszkańców pracuje 300 tys. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby we Frankfurcie pracowali wszyscy, od dzieci po starców. Nic bardziej mylnego. We Frankfurcie pracują osoby z wielkiego regionu obejmującego 5 mln mieszkańców, które mogą dotrzeć ze swego domu do centrum Frankfurtu w 40 minut.
Co powoduje, że miasta rozwijają się wg reguł sieciowych? To przede wszystkim gigantyczna koncentracja infrastruktury niezbędnej do obsługi sieci. Lotniska, autostrady, sieć transmisji danych oraz niezbędne atrakcje przyciągające ludzi: muzea lub teatry. To właśnie przykład Frankfurtu i jego regionu tłumaczy różnice pomiędzy Polską a Niemcami. Niemcy to niemal wyłącznie ciąg zespołów metropolitalnych z centralnymi miastami sieciowymi (np. Frankfurt, Monachium, Duesseldorf, w skład którego wchodzi Dortmund). Niemcy to kilkanaście gigantycznych skupisk gospodarki funkcjonujących w układzie sieciowym. W zachodniej części Niemiec w zasadzie nie występuje prowincja w formie, w jakiej występuje w Polsce. Jak można oczekiwać, że jesteśmy w stanie osiągnąć niemiecki poziom zamożności w oparciu o nasz polski sielski świat?
EKRANY ZAMIAST SILNIKÓW
By lepiej wyjaśnić szczegółowe różnice ekonomiczne, czas na prezentację odrobiny ekonomicznej teorii. Gospodarka, jak wiadomo, dzieli się na branże. Proponuję następujący podział: usługi osobiste, usługi biznesowe, przemysły usługowe (nie mylić z usługami) i przemysły towarowe. Ten podział zdaje się być zasadniczy dla zrozumienia naszych problemów z inwestycjami, dynamiką rozwoju i bezrobociem lub raczej zatrudnieniem i „metrosieciowością”. Na pierwszy ogień weźmy przemysł towarowy – wielkoseryjny, o niewielkim zróżnicowaniu technologicznym i marketingowym. Przykłady: telewizory w tym LCD, lodówki, samochody, zabawki, piwo czekolada, czyli niemal wszystko to, co kupują zwykli ludzie. Jedną z cech tego przemysłu jest, niestety, niska wydajność. Wynika ona z tego, że możliwe jest oddzielenie procesów marketingowych i innowacyjnych od procesu produkcji. W konsekwencji tzw. procesy decyzji (innowacje i marketing) lokowane są tam, gdzie jest dostęp do rzadkiej, by nie rzec wyrafinowanej siły roboczej, niezależnie od jej ceny. Proces produkcji umiejscawia się zaś tam, gdzie jest tania siła robocza. W przypadku tych przemysłów ważne jest to, który spośród omówionych przed chwilą procesów ulokuje się w naszym państwie. Decyzyjny (znakomicie)? Czy też proces produkcji (niedobrze)? Niestety, nie jest ważne, czy produkt jest nowoczesny czy tradycyjny. Nasza radość z inwestycji w ekrany LCD oraz duma z tego, że to pierwsze inwestycje tego typu w Europie wynikają z absolutnego niezrozumienia tego, czym są te inwestycje. Niestety, opierają się one na czystej produkcji bez jakichkolwiek funkcji projektowych lub rozwojowych. Jakie są wymagania rozwojowe tego sektora? Duże skupienie siły roboczej i podstawowej kadry technicznej oraz niezbędna infrastruktura komunikacyjna.Zajmijmy się teraz innym sektorem: przemysł usługowy. To przemysł bardziej zbliżony do usługi niż do przemysłu towarowego. Obejmuje m.in. produkcję silników lotniczych, reaktorów atomowych, statków specjalnych, uzbrojenia. Proces produkcji bardziej zbliżony jest tu do tworzenia oprogramowania komputerowego. Procesy innowacji, projektowania, marketingu, tworzenia technologii i produkcji są ze sobą zintegrowane. W konsekwencji nie jest możliwe przenoszenie produkcji do tańszych krajów. Te przemysły stanowią o potędze przemysłowej USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Francji. Tych przemysłów prawie nie ma w Azji (poza Japonią), niewiele jest ich też w Polsce. W tym sektorze trzeba płacić zdecydowanie więcej niż w przemysłach towarowych.Czas przyjrzeć się teraz usługom osobistym – szewc, muzyk, sprzedawca, kucharz, kelner itp., czyli wszyscy ci, którzy obsługują innych ludzi. Główną cechą tego sektora jest niewielkie zróżnicowanie, niska wydajność oraz słaby potencjał wzrostu wydajności (przykład kwartetu smyczkowego, który zagra z taką samą wydajnością i w Szwajcarii, i w Kongo). Usługi te nie wymagają szczególnych warunków – są wszędzie. Usługi biznesowe to zupełnie inna sprawa. Z jednej strony wręcz nieograniczone zróżnicowanie, z drugiej gigantyczny potencjał wzrostu wydajności (na tym sektorze oparte jest bogactwo Londynu czy Frankfurtu). To banki, ubezpieczenia, informatyka, badania, reklama, consulting czy tzw. wsparcie decyzji biznesowych. Czego wymagają usługi biznesowe? Dostępu do zróżnicowanej siły roboczej i do kapitału, czyli tzw. zasobów metrosieciowych.
WARSZAWA BRNIE ZA BRNEM
Jak powyższe informacje mają się do metrosieci i naszego kraju? Obowiązująca u nas koncepcja równomiernego rozwoju spowodowała, że staramy się budować infrastrukturę równomiernie. W rezultacie infrastruktura Warszawy (naszego głównego bieguna wzrostu) wygląda gorzej niż w czeskim Brnie. Nie warto nawet mówić o pozostałych dużych miastach, bo płakać się chce. Postanowiliśmy nie inwestować w miasta. No bo po co? Przecież w Warszawie, Poznaniu, Krakowie już jest dobrze. Teraz musimy wzbogacać resztę. Rezultat jest taki, że nasz system osadniczy, wsparty w ostatnich 17 latach polityką państwa wyprodukował model rozwoju oparty głównie o inwestycje w przemysły towarowe o niskiej wydajności, które powodują jedynie nieznaczny wzrost usług osobistych. Polska jest zresztą jednym z nielicznych krajów świata, obok Chin, gdzie przemysł rozwija się szybciej niż sektor usług. Można powiedzieć, że mamy wciąż wiek XIX. Przemysł, który istnieje obecnie w Polsce wymaga pewnej liczby odpowiednich pracowników. Doszło więc do gigantycznego skupienia gospodarki w obszarach metropolitalnych. Mają one jednak, ze względu na słabą infrastrukturę, mały zasięg oddziaływania. W rezultacie – udławiły się. Konsekwencją jest gigantyczna koncentracja gospodarki i ogromne zróżnicowane bezrobocia. Przykładem może być Poznań. Jego aglomeracja to 2 % populacji Polski. Produkcja przemysłu przetwórczego stanowi natomiast 7 % produkcji Polski (100 tys. zatrudnionych). Zatrudnienie w Poznaniu to 40 % jego populacji. W tym samym czasie w silnie zurbanizowanym powiecie kłodzkim na Dolnym Śląsku (standardowa polska prowincja) pracowało zaledwie 17 % populacji. Jak do tego doszło? Oto wyjaśnienie. Nasza prowincja to przemysł towarowy (usługowego nie ma) plus usługi osobiste (głównie detal tradycyjny, szewc, czasami kelner). Usług biznesowych brak. Oznacza to niskie dochody ludności. Niskie dochody to standaryzacja popytu na niskim poziomie (wszyscy słyszeliśmy utyskiwania sprzedawców w małych miastach na to, że ludzie nie mają pieniędzy). Standaryzacja popytu to silna presja na ceny oraz zredukowany popyt na usługi osobiste (udowodniono, że popyt na nie pojawia się powyżej pewnych dochodów). Silna presja na ceny to standaryzacja produktu i dystrybucji. Standaryzacja produktu to silna koncentracja produkcji przy małym udziale usług biznesowych (bo po co, skoro nie trzeba różnicować produktu). Rezultatem jest dalsza koncentracja gospodarki (niektóre usługi biznesowe funkcjonują tylko w Warszawie). Nie warto komentować koncepcji o strukturalnym bezrobociu lub o wpływie podatków na decyzje pracodawców, bo są groteskowe. Nasze bezrobocie, w nowomowie fachowej, jest konsekwencją wzrostu masy krytycznej w przemyśle lokalnym, w wyniku wzrostu znaczenia konkurencyjnego efektu skali prowadzącego do koncentracji sektorowej produkcji.
ZAPOMNIJMY O RADOMSKU
Szkodliwa jest niemądra, choć poprawna politycznie, koncepcja równomiernego rozwoju skutkująca bezsensownymi inwestycjami w infrastrukturę oraz polityka wspierania inwestycji np. przez PAIZ. Musimy robić wszystko odwrotnie niż robimy. Zamiast zasady równanego rozwoju musimy zastosować zasadę rozwoju punktowego. Wszyscy będziemy mieć z tego korzyści. Kapitalizm kocha koncentrację. Jeśli chcemy mieć inwestycje podobne chociażby do czeskich (z grubsza 40 – 50 mld rocznie), to wyprodukujmy warunki do ich absorpcji. Rozproszona prowincja nie jest atrakcyjna dla inwestorów. Z kolei Warszawa więcej ich nie przyjmie. Musimy rozwijać wszystkie sektory, tj. zarówno przemysły towarowe, jak i przemysły usługowe oraz wszelkie usługi. Żeby tak było, musimy mieć jednak wielkie miasta realnie uczestniczące w metrosieci. Nie możemy już nigdy dopuścić do kretyńskich pomysłów, takich jak oferta lokalizacji dużej inwestycji przemysłowej w Radomsku (ona najlepiej charakteryzuje nasz stan świadomości oraz jałowość intelektualną decydentów uczestniczących w procesach decyzyjnych w Polsce). Podsumowując: naszym głównym celem powinno być zbudowanie silnych metropolii oraz „podpięcie” pod nie jak największych obszarów. Chodzi o zbudowanie silnych komórek metropolitalnych. Jak to zrobić? Poprzez zmianę strategii tworzenia infrastruktury. Główne inwestycje infrastrukturalne powinny być realizowane w największych miastach o charakterze regionalnym (lotniska, węzły komunikacyjne, autostrady). Inwestycje te powinny mieć status centralny. Powinniśmy skupiać, a nie rozpraszać. Inwestycje regionalne powinny być skierowane na budowanie związków z metropolią. Nam naprawdę nie są potrzebne połączenia autostradowe z Białorusią. Należy zmienić niektóre reguły działania.
Błąd 1 Program autostrad
Wszyscy znamy mapkę z autostradami. Jedne ze wschodu na zachód, a inne z południa na północ. Do tego logiczne, piękne argumenty. Korytarze transportowe z Moskwy do Paryża lub z południa Europy do Skandynawii. Nie możemy się doczekać. Będzie cudownie! Gdy jednak obejrzy się mapki autostrad innych krajów Europy, można się zaniepokoić. W Hiszpanii Madryt nawet nie ma połączenia z Barceloną, nie mówiąc o pozostałych miastach hiszpańskich. Chorwatów, Szwajcarów (szczególnie ich), Austriaków, Szwedów, Słowaków czy Duńczyków tranzyt za to nie interesuje. Kształt autostrad jest zupełnie inny niż w Polsce. Z reguły skupiają się w centralnych miastach. Sprawdźmy więc genezę polskich planów. Jest tak, jak można było sądzić. Plany powstały bardzo dawno, a głównymi ich twórcami byli drogowcy. Tak powstała koncepcja wpięcia autostrad w jakieś kompletnie wydumane i nieistotne gospodarczo korytarze transportowe. Autostrada w takim układzie nie musi realizować żadnych funkcji. Ona ma po prostu być. Mieszkając w Poznaniu, obserwuję ruch na A2 – głównie rosyjskie, białoruskie, ukraińskie, litewskie, łotewskie i estońskie TIRY. Dla Poznania ta droga nie ma większego znaczenia. Ściągnęła co najwyżej kilka magazynów i to wszystko. A2 to dziś eksterytorialny twór łączący kraje wschodu z zachodem. A gdzie tu coś dla nas? Autostrady powinny łączyć kluczowe metropolie kraju oraz węzłowo scalać ich suburbium. Bo czym jest dziś autostrada? To główny system transmisji cywilizacyjnej pomiędzy metropolią a regionem. Analizując genezę powstania autostrad hiszpańskich, chorwackich czy austriackich można dojść do wniosku, że w przyszłości jednym z największych symboli polskiej głupoty będą właśnie nasze polskie autostrady.
Błąd 2 Lotniska
To, czym różnią się szczególnie polskie miasta od innych miast podobnej wielkości, to lotniska. Zachwyt wywołany ostatnim wzrostem liczby pasażerów na lotniskach regionalnych jest tylko pozornie uzasadniony. Największe polskie lotnisko regionalne, czyli port lotniczy w Krakowie to i tak od 3 do 6 razy mniej pasażerów niż na lotniskach w analogicznych miastach Europy. Co gorsza, w Krakowie gros pasażerów stanowią klienci tanich linii lotniczych (te linie oddziałują antybiznesowo). O reszcie miast nawet nie ma sensu mówić. Niestety w tle tej lotniczej nędzy są decyzje z początku lat 90., kiedy to zdecydowano, że cały międzynarodowy i krajowy ruch lotniczy odbywać się będzie przez Warszawę. W lotniska regionalne nie inwestowano. Poprzez specyficzne decyzje LOT-u omijano je w transporcie międzynarodowym i krajowym. Rezultat: degradacja międzynarodowa polskich miast. Nie lotnisk, tylko miast. Siatka połączeń liniami klasycznymi jest, z rozwojowej tj. biznesowej perspektywy, nieistotna. Krajowy ruch lotniczy nie istnieje, np. z Poznania nie można dolecieć do Krakowa (chyba że przez Warszawę albo Monachium). Dziś dla każdego dużego miasta lotnisko jest ważniejsze niż autostrada. Kto wie, czy odpowiednia liczba połączeń lotniczych, zarówno krajowych, jak i międzynarodowych nie jest najważniejszym czynnikiem rozwoju wielkiego miasta. Ten przykład pokazuje najlepiej, jak ważna jest kompetencja intelektualna decydentów oraz jak bardzo nasi ekonomiści i politycy nie rozumieją Polski. Poświęcono wiele miliardów dolarów nieprzyciągniętych inwestycji zagranicznych oraz zaprzepaszczono szanse na szybki awans cywilizacyjny dla zbudowania jednego średniego lotniska i dla dobrego standu finansowego małej przecież spółki.
Błąd 3 Ściana wschodnia,
czyli najnowszy pomysł Ostatnio ujawniono rządowe koncepcje inwestycji z wykorzystaniem środków unijnych. Główne inwestycje mają być realizowane w czterech województwach ściany wschodniej w woj. warmińsko–mazurskim, lubelskim, podlaskim i podkarpackim. I słusznie. Nasza ściana wschodnia to kuriozum cywilizacyjne. Struktura agrarna prosto z XVIII w. System osadniczy z XIX w. Nie ma wątpliwości, że trzeba coś z tym zrobić. Dla lepszego uzmysłowienia, czym jest ściana wschodnia małe porównanie: produkcja przemysłowa Poznania (aglomeracja 850 tys. mieszkańców) stanowi 60 % produkcji tych czterech województw (prawie 7 mln mieszkańców).
No i mamy pomysł. Zbudujemy infrastrukturę – oczywiście drogową. Połączymy drogami główne miasta naszego wschodu. Ruszy transport. Region będzie się rozwijał. Będzie cudownie. Wydamy miliardy euro. Nareszcie się uda. Niestety, od razu widać, że twórca tego pomysłu nie za wiele rozumie. To, czy droga będzie ciut lepsza czy gorsza niewiele zmieni. A to dlatego, że głównym problemem polskiego wschodu jest polski problem metropolitalny do potęgi trzeciej. Największe miasta tego regionu to trzeciorzędne mieściny (przepraszam zainteresowanych, ale moje intencje są dobre). Żadnych lotnisk (Rzeszów to namiastka niestety), szkoły wyższe – głównie humanistyczne, w tym religijne. Infrastruktura miejska katastrofalna. Byłem w tym roku w Chorwacji, w Splicie. W tym państwie jeszcze niedawno była wojna. Chorwacja to mały kraj, wcale nie najbogatszy. W Splicie mieszka tyle samo ludzi, co w Rzeszowie lub Olsztynie. Porównanie infrastruktury, jakości przestrzeni publicznej i wskaźników gospodarczych Splitu z Rzeszowem lub Olsztynem nie ma sensu. To dwa światy. W Splicie autostrady, wielopoziomowe skrzyżowania, nowoczesne biurowce i sklepy, a w Rzeszowie, jak to w Rzeszowie.
Symbolem naszego nowego myślenia jest niestety droga S19. Miliony euro na coś, co połączy dwa miasta - Rzeszów i Białystok - między którymi nie występują prawie żadne relacje ekonomiczne. Po co to? Czy my naprawdę nie potrafimy nic wymyślić?
Lepszym pomysłem byłoby stworzenie silnych metropolii (na pierwszy ogień Lublin) i punktowe tworzenie infrastruktury w głównych miastach. Przekształcenie punktowe tego regionu. Bo inne sensowne przekształcenie nie jest po prostu możliwe.